Bransoletki z paracordu – żagle…

Jak tylko sięgnę pamięcią to 1go maja zawsze wypadało jakieś święto. W czasach, gdy byłem małym kaczanem, uwielbiałem pochody pierwszomajowe. Mało interesowało mnie to, że okoliczność była krwiście czerwona, a z plakatów uśmiechali się brodaci, wąsaci czy dla odmiany łysi ojcowie narodów. To co dla młodszego pokolenia wydaje się dziś folklorem i wiejskim odpustem dla mnie kilkuletniego brzdąca było niesamowitym przeżyciem. W d… miałem przemówienia sekretarzy o wykonanych 200% normy, osiągniętych planach i innych nowomownych gadkach. W tej kwestii w zasadzie niewiele się zmieniło i nadał słucham pogadanek o targetach, normach i planach, tylko teraz sprzedawanych pod płaszczykiem tzw. kultury korporacyjnej.

W owych czasach pochód pierwszomajowy był okazją do opicia się po uszy wodą gazowaną z saturatora (na marginesie – kto dziś wie co to jest saturator?)  i obżarciem się aż po dziurki w nosie watą cukrową.

No, ale czas płynie, dzieciaki wyrastają z powyciąganych rajstopek i zaczynają sami tworzyć nowy ład społeczny, o którym kiedyś tylko słyszeli. Prawie wszystko się zmieniło za wyjątkiem 1 maja. Otóż, ten dzień nadal pozostaje ważnym świętem w moim życiu, a to za sprawą mojego szwagra, który, jak co roku od 30stu kilku lat obchodzi tego dnia urodziny. Przyznał mi się kiedyś przy wódce, że jak był mały to ojciec wkręcił go, że ten cały pochód, te flagi, baloniki itp., że to wszystko to z okazji jego urodzin. Młody łyknął blef, a stary dzięki temu zaoszczędziwszy parę złotych na prezencie, mógł spokojnie oddawać się rozkoszom jakie daje chłodny nektar bogów pity w cieniu, czyli jak śpiewał Ryszard Rynkowski: „Nic nie robić, nie mieć zmartwień, chłodne piwko w cieniu pić …”

W tej kwestii niewiele się zmieniło i szwagier kontynuuje tradycję rodzinną rokrocznie kupując beczkę piwa i organizując imprezę (ponoć po 40stce to już nazywa się stypa) urodzinową. Nie inaczej było w tym roku. Zaproszenia zostały wysłanie już miesiąc wcześniej, żeby nie daj boże ktoś zapomniał o tak ważnym wydarzeniu. Poza tym w tym roku zapowiadało się, że urodziny będą trwały 9 dni. Tak, tak – 3dni urlopu a 9 dni wolnego – a ludzie narzekają, że ciężko pracują 🙂 I jak co roku mieliśmy pożeglować po Mazurach. Nadmienić muszę, że szwagier zapalonym jest żeglarzem i od małego jest wychowywany na łodzi. Sądzę, że jego starzy nie przejmując się potrzebami brzdąca, pampersa wkładali mu pod kapok i przywiązywali do relingów żeby nie wypadł. W każdym razie chłop jest nieco skrzywiony na punkcie żeglowania i nawet sznurówki wiąże na węzły marynarskie. Przyznam się, że kiedy po raz pierwszy zabrał mnie na swoją łajbę byłem pełen obaw. Tyle tych szmat, sznurków, linek. I ten latający z burty na burtę bom, co jak uderzy w głowę to zrobi bum i będzie po żeglowaniu. Ale szwagier mnie uspokoił:

Żeglarstwo – powiada – to nic skomplikowanego. Nalewasz i pijesz 🙂
A węzły? – spytałem nieśmiało.
E tam – supeł zrobić umiesz, a resztę się jakoś zatytła.
I jakoś tak wsiąkłem w ten klimat.
Zatem, jak co roku, szwagier organizował urodziny na łajbie. Wszystko zapięte na ostatni guzik. Piwo zakupione, kiełbasa zamówiona, łódka zaklepana. Pozostała jedynie kwestia prezentu dla szwagra…

Przyznam się ze wyboru dokonała Połowica, bo ja tradycyjnie kupiłem od Wieśka 5 litrów księżycówki, którą jego teść pędzi w pobliskiej puszczy od lat i chwali się, że ma lepsze receptury niż Polmos. Ale widząc piorunujący wzrok mojej lepszej połowy, nie pisnąłem nawet słówka, kiedy stwierdziła, żeby wreszcie dać mu jakiś porządny (jak to nazwała) prezent.

Zresztą z wiadomych powodów od jakiegoś czasu zgadzam się na wszystko i unikam jak mogę konfrontacji z Połowicą, bo mogłoby się to skończyć dla mnie źle.

Ze sklepu z męską biżuterią wybrała bransoletę o mocno marynistycznych konotacjach. Zrobioną z paracordu, co jak mnie oświeciła połowica jest jakimś super sznurkiem czy linką, która to wytrzymuje obciążenie 250kg, nie rozciąga się, nie mięknie, schnie błyskawicznie i ma jakieś cudowne właściwości a może nawet krawaty wiąże 🙂 Jak dla mnie to najważniejsze było to, że jako zapięcie służyła szekla. Wyglądało to super. Ot, taka mała rzecz, a można zabłysnąć w portowej marinie. Dodatkowo, usłyszałem w dalszej części wykładu, bransoleta jest zrobiona z trzech metrów liny co może być istotne, gdybyśmy nagle potrzebowali kawałka mocnego sznurka bo łódka postanowiłaby zrobić grzyba, a my musielibyśmy ratować swoje życie.

W zasadzie to nie wiem co złego mogłoby nam się stać na Mazurach (w końcu to nie Morze Północne), ale przyznam się ze temat mnie zaintrygował. Zawsze to dobrze wiedzieć co się nosi na nadgarstku i móc zabłysnąć taką wiedzą przy kuflu przed płcią piękną udając starego wilka morskiego 🙂 No i te 3 m liny… rozmarzyłem się snując wizje jak to przywiązuję Panią Kasię do łóżka 🙂

Na szczęście mało wiało, wiec piwo się nie rozlewało po pokładzie, bransolety nie trzeba było ciąć i ratować życia przywiązując się paracordem do masztu. Żadnej szekli nie utopiliśmy, więc bransoleta dotrwała cała do końca rejsu. Dodam, że szwagier był zachwycony prezentem. Na wszelki wypadek nie zapytałem, co bardziej go ucieszyło – księżycówka czy bransoleta 🙂

Autor:  Marcin

TUTAJ możesz pobrać opowiadanie do druku.

Bransoletki z paracordu dostępne  TUTAJ

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.