„Czarny Roman”

Kiedy po raz pierwszy ujrzałem Czarnego Romana, nie był on wtedy Romanem, nawet jeszcze nie był czarny. Prezentował sobą obraz nędzy i rozpaczy, a kolor jaki dominował na jego odrapanej ramie przypominał mocno zgniłe jabłko. Z prawie nieczytelnej tabliczki dało się odczytać, iż kiedyś nazywał się Romet Orkan.

W momencie gdy miałem okazje poznać Romana to był on już leciwym emerytem, który nadawał się jedynie do martenowskiego pieca w celu przerobienia go na żyletki. Lata jego świetności przypadały zapewne na okres kiedy to Szurkowski na podobnym sprzęcie wygrywał czterokrotnie Wyścig Pokoju.

Nasza znajomość paradoksalnie zaczęła się od diety, którą zaaplikowała mi połowica. Spojrzawszy na mnie krytycznym okiem któregoś ranka, stwierdziła – koniec z kebabami, tortillami, pizzą i pyzami z baru mlecznego. Musisz się wziąć chłopie za siebie, bo nie nadarzysz spodni kupować. I się zaczęło – dieta taka, dieta śmaka. Nie jedz pieczywa – jedz pieczywo. Nie pij wody – pij wodę itp. itd. Akurat wtedy wypadał chyba okres diety kiszonej. Jak nie kiszona kapusta to kiszone ogórki. I właśnie tego dnia Połowica wysłała mnie do piwnicy po wspomniane ogórki.

Roman stał pod ścianą i smętnie zwieszał swoje rogi, na których żałośnie powiewały resztki owijek. Kolejny złom, który leniwy sąsiad wystawił do piwnicy, bo nie chciało mu się dreptać do śmietnika – pomyślałem. Stary, ale masz przerypane – powiedziałem do Romana – myszy Cię tu ogryzą do reszty.

Po raz drugi na Romana napatoczyłem się po kilku dniach. Zdaje się że to był tydzień kiszonej kapusty (dieta Kwaśniewskiego czy jaki czort). W każdym razie Roman nadal stał w kącie. Uśmiechnąłem się smętnie do niego – w końcu ktoś ma bardziej przerypane niż ja, skazany na kiszone ogórki lub kiszoną kapustę. Zażartowałem wtedy, że jak tak dalej pójdzie to skisnę w tej piwnicy jak i on. Roman, nie powiedział ani słowa. W końcu to stary wyjadacz i z niejednego pieca jadł chleb i życie znał od podszewki.

Połowica nadal katowała mnie swoimi przemyślnymi dietami (był też tydzień jedzenia dżemu truskawkowego i powideł śliwkowych- porażka, BTW czym to się do jasnego grzyba różnią powidła od dżemu?!). W tym czasie żaliłem się Romanowi, ze dłużej tak nie pociągnę, że mi się nie układa i tak w ogóle. A on w milczeniu słuchał, łypiąc na mnie jednym rozbitym reflektorem. Trwało to prawie całą zimę, aż pewnego dnia Połowica wpadła na szatański pomysł, że będziemy jeść tylko zieleninę! Żadnego mięcha! Zgroza! Zapowiedziała mi wyraźnie: żadnej świnki, cielaczka ani króliczka. A o soczystej i tłustej baraninie w kebabie to mogę zapomnieć. I do tego muszę zacząć uprawiać jakiś sport. Ja to i sport i owszem lubię, ale EURO-sport w TV! Ale nie na tyle, żeby zaraz uprawiać. Jednak nie było dyskusji.

Wtedy w mojej głowie pojawił się makiaweliczny plan.

Kochanie, a co powiesz na jazdę na rowerze? – spytałem słodkim głosem.

– Hmm. Sądziłam, że może jakaś siłownia albo bieganie na początek. Przecież nie masz roweru. Kupisz a potem wyniesiesz do piwnicy – odpowiedziała. Znam Twój słomiany zapał.

– Właśnie, a’propos piwnicy. Ktoś wyrzucił starego Rometa do naszej piwnicy. Pomyślałem, że może go trochę przesmaruję, dopompuję powietrza i na wiosnę wyjadę. A do tego czasu zamiast siedzieć w przed TV to pokręcę się tam trochę, posprzątam, trochę ruchu mi się przyda.

Popatrzyła na mnie dziwnie i przeciągle (w końcu zna mnie nie od dziś) ale ostatecznie się zgodziła.

Od tego dnia nastały dla mnie dobre dni. Już idąc schodami do piwnicy wybierałem numer telefonu do pizzerii albo baru tureckiego i po max pół godzinie zajadałem się wyborną Quatro Fromagge, ostrą Diabolo, Swojską z Boczkiem czy też tureckim kebabem. Nie do pogardzenia były też pyzy własnej roboty zamawiane „U Tadzika”. Żeby zagłuszyć wyrzuty sumienia zmuszony byłem to wszystko zapić półlitrowym piwem.

Roman był codziennym współ-konspiratorem i wspierał mnie nieustannie w moim postanowieniu łamania diety. Nie powiem, odwdzięczałem mu się, ścierając pajęczyny obrywając do końca smutne owijki z kierownicy. Ale obaj wiedzieliśmy, że to pozorowane ruchy.

I życie nadal byłoby piękne, gdyby któregoś dnia Połowica nie zapragnęła zobaczyć moich postępów w przywracaniu Romanowi świetności.

Hmm… No to był mały klops, muszę przyznać. Bo zamiast odrestaurowywać Romana ja restaurowałem się po kryjomu, gwiżdżąc na diety.

No nie było wyjścia. Nafta, gałganki, szczotka druciana i jazda. Najpierw miałem jedynie na celu odszorowanie nieco rdzy, tak aby pokazać, iż nie marnowałem czasu w tej piwnicy przez te ostatnie tygodnie (no w gruncie rzeczy nie marnowałem, nawet znów przytyłem), ale po kilku godzinach wciągnąłem się na poważnie. Przyznam się ze wstydem, że kolejne dni były zaprzeczeniem obietnicy, którą sobie złożyłem odnośnie nieprzestrzegania mojej diety. Roman pochłonął mnie tak dokumentnie, że zapominałem o zamówionej pizzy, która smętnie stygła na parapecie. Po tygodniu z Romana została sama rama plus parę części, które dało się uratować. Wtedy to też pojawiły się pierwsze nieśmiałe przebłyski mówiące o tym, że Roman może się stać Czarnym Romanem. Lakiernik zrobił kawał dobrej roboty a kolor w odcieniu „czarna perła” odjął Romanowi ze 20-ścia lat. Kierownica została wkręcona w imadło, a brzeszczot skrócił „baranka” o dobre ?. Na śmietnik powędrował cały niepotrzebny osprzęt w postaci hamulców, przerzutek, linek, oświetlenia itp., a Roman dostał nowe opony z białymi lamówkami. Powoli, powoli przestawał przypominać krążownika szos z czasów Szurkowskiego, a zaczął nabierać indywidualnego charakteru.

Kiedy patrzyłem na Czarnego Romana w wersji single speed’a, ciągle czułem jednak, że czegoś mi tu brakuje. Dodałem napisy, dodałem swoje logo, ale to jednak było wciąż nie TO. Obowiązkowy ubiór – biała koszula, czarny krawat, torba rowerowa pod kolor – wszystko to sprawiało, że jadąc do pracy czułem się w porządku, ale nadal brakowało tego CZEGOŚ. Czegoś co by łączyło niejako klamrą te wszystkie pojedyncze drobiazgi. Czegoś co sprawiłoby że ja i Czarny Roman będziemy wyjątkowi.

W ostatni piątek gdy wróciłem z pracy na Czarnym Romanie, Połowica wręczyła mi pudełeczko a w nim: brakujący element, który jak się później okazało miał dopełnić całości. Bransoleta była czarna ze srebrnymi elementami, idealnie dobrana pod kolor i wykończenia Czarnego Romana. Mała, niepozorna rzecz, która sprawia, że wszystko zaczyna nabierać wyrazu, łączyć się w jedno i po prostu najzwyczajniej w świecie – cieszyć. Przyznam się, iż dopiero wtedy zrozumiałem przysłowie „Diabeł tkwi w szczegółach”.

Autor:  Marcin

TUTAJ możesz pobrać opowiadanie do druku.
Skórzane bransoletki dostępne:  TUTAJ

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.