To były pierwsze wakacje…

To były pierwsze wakacje bez rodziców. Wymarzone, wyczekane i wyproszone, bo rodzice trzymali mnie pod kloszem jak złotą rybkę, żebym tylko spełniał ich oczekiwania i nigdzie nie uciekł. Ale nadszedł dzień, kiedy musieli się pogodzić z faktem, iż ich synek jest już prawie dorosłym synem i idzie w świat, samodzielnie, bez asekuracji tatusia i mamusi.

Także, w wieku lat 10, zostałem wysłany na pierwsze kolonie. Masa nowych kolegów, jezioro, wyjazdy na wycieczki i przede wszystkim – wolny czas od domu i obowiązków. Wydawało mi się wtedy, że jestem w stanie przepłynąć jezioro wzdłuż i wszerz, rozpalić ognisko w 3 sekundy i zjeść najszybciej ze wszystkich kolację, żeby już po chwili biegać jak szalony wokół ośrodka, udając kowboja lub Indianina (nie, w tamtych zamierzchłych czasach nikt nie znał supermena, batmana, ani innych super-bohaterów).

Przez pierwszy tydzień kolonii mój świat ograniczał się do 5 kolegów z pokoju, z którymi spędzałem 24 godziny na dobę i nikogo więcej w zasadzie nie zauważałem, aż do pierwszej dyskoteki…

Tak, tak…bardzo łatwo się domyślić co się stało…

Zauważyłem, że na koloniach, oprócz chmary chłopaków, są też dziewczyny. Wprawdzie mieszkały w oddzielnym budynku (o koedukacji nikt wtedy nie słyszał), ale stołówka była wspólna i wyjścia nad jezioro też. Tylko jakoś mi to jak do tej pory umknęło.

Pamiętacie serial „Cudowne lata” ? albo przynajmniej jesteście fanami kina Bollywood ? ale jeżeli tylko macie wyobraźnię, to pomyślcie…stoję w kącie dużej sali, gdzie mnóstwo dzieciaków skacze i się wygłupia w rytm dyskotekowych przebojów tamtych czasów… nagle stop-klatka…świat staje w miejscu, zapada cisza, ona wchodzi na salę, wiatr rozwiewa jej długie, czarne włosy, rozgląda się po sali i jej wzrok spoczywa na mnie – delikatny uśmiech na jej twarzy, wyciąga rękę w moją stronę…STOP, zatrzymajcie ten film !

Muzyka wraca w ogłuszającym huku, a przede mną stoi dziewczyna, z rozczochranymi włosami, w wyciągniętej dłoni trzyma gumy Donaldy i pyta „Chcesz”? Teraz bym na pewno pomyślał, że ktoś mi wsypał czegoś do drinka i mam jakieś zwidy, ale wtedy na dyskotekach niczego nie dosypywano do oranżady. Ona nie była zwiewną, delikatna pięknością lat 10, tylko dziewczyną-łobuzem, w krótkich spodenkach i z wiecznie rozwiązanymi sznurówkami w trampkach. Ale i tak mnie zauroczyła tak, że do końca kolonii nie odstępowałem jej na krok, puszczając mimo uszu odzywki kolegów o zakochanej parze. Od tej pamiętnej dyskoteki, reszta kolonii minęła jak z bicza strzelił i był już dzień przed wyjazdem do domu. Ostatnia noc nazywała się chyba zieloną czy białą, już nie pamiętam i oczywiście nikt nie spał, tylko wszyscy robili sobie nawzajem jakieś dowcipy. Ale mi w głowie nie było wtedy smarowanie klamek w drzwiach pastą do zębów, czy związywanie butów ze sobą za pomocą sznurówek. Ja, przepełniony miłością do Niej i żalem, że już jej nigdy nie zobaczę (okazało się potem, że mieszka dwa osiedla dalej, ale to już inna historia), szukałem sposobu by wyznać jej uczucie nie mówiąc ani słowa, by mnie zapamiętała na zawsze…

Zaplecze budynku kolonijnego było skarbnicą różnych, ciekawych i czasami też niebezpiecznych rzeczy. Tam, wśród masy zardzewiałych narzędzi, znalazłem gwóźdź, który postanowiłem wygiąć w kształt serca i ofiarować swojej wybrance, aby nosiła go zawsze przy sobie. Po godzinie starań już przestałem odczuwać ból kolejnych skaleczeń, bo i gwóźdź nie był pierwszej młodości, a i obcęgi, którymi usiłowałem go wygiąć nie nadawały się do niczego. Nie miałem wtedy w rękach siły Mariusza Pudzianowskiego (zresztą nie mam i teraz), ale teraz przynajmniej mam lepsze narzędzia. W każdym bądź razie finał moich starań był zadowalający, przynajmniej dla mnie, bo w moich oczach był to najpiękniejszy wyrób jubilerski.

Moja wybranka patrzyła na mnie podejrzliwym wzrokiem, jednocześnie trzymając ręce w kieszeniach swoich ogrodniczek i co chwila puszczając balony z gumy do żucia. Niewiele mówiąc, a w zasadzie nie powiedziałem chyba nic, dałem jej to metalowe serce i uciekłem…

Dzisiaj, szukając prezentu na kolejna rocznicę ślubu, mojego i Połowicy oczywiście, znalazłem w jaskini skarbów, do której dostępu broni hasło zubiro.com, bardzo ładną i delikatną bransoletkę. Do wyboru z sercem lub listkiem, na którym można zrobić wyjątkowy grawer. Patrząc na nie przypomniała mi się moja historia z sercem z gwoździa, bo… leży ono w tej samej szufladzie, co zdjęcia z tamtych kolonii, moje i Połowicy…

Autor:  Marcin

TUTAJ możesz pobrać opowiadanie do druku.
Biżuteria z możliwością wykonania graweru:  TUTAJ

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.