Antropologiczne refleksje nad filiżanką kawy.

Od dawien dawna wiadomym jest, że człowiek żyjący w pewnych strefach klimatycznych (nie mylić z klimakterium np. mojej teściowej, które muszę znosić), aby żyć, musi oprócz jedzenia również odziać swoje nagie i bezwłose ciało.

Zatem starożytny człowiek brał kiedyś włócznię i szedł zabijać mamuta, tudzież jakąś nutrię (jak był słabszym i tchórzliwszym troglodytą), żeby mieć co na siebie włożyć idąc do sąsiadów (pomijam tutaj odwiedziny u sąsiadki gdzie raczej wskazane było mniej ubrania niż więcej – ale to margines zachowań no i nie każdy ma fajną sąsiadkę :))

Mamut, tygrys czy też wspomniana nutria służyły nam też nie tylko do tego, aby było nam ciepło, ale też do tego, aby dobrze wyglądać i się lansować pośród pozostałej części społeczności. Część z noszonych ubrań miała jedynie na celu wyróżnienie noszącego, pokazanie jego wyższości, odmienności. Antropolodzy do dziś nie mogą dojść do porozumienia po kiego grzyba homo erectus zakładał na szyję naszyjniki z kłami wilka, rytualne opaski na czoło czy też magiczne, plemienne bransolety na nadgarstkach. W grę niewątpliwie wchodziły aspekty sakralne i przedmioty te służyły do nawiązania kontaktów ze światem duchowym, ale znaczna ich część nierozerwalnie odpowiadała za sferę profanum związaną typowo z czynnościami prokreacyjnymi służącymi zachowaniu gatunku.

W każdym razie walka o ubranie była twarda. Często gęsto lała się krew, ludzie tracili zęby, włosy i mieli połamane ręce. Jednakże czas płynie, cywilizacja się rozwija, socjalizujemy się i nabieramy ogłady. Nie wszyscy co prawda, ale powiedzmy, że większość z nas.

Zatem z czasem człowiek wprowadził pieniądze (muszelki, dukaty czy coś podobnego), aby móc dokonywać handlu, nie każdy bowiem dał rady ubić mamuta, a akurat w tym kolorze było mu do twarzy i akurat futro z mamuta podkreślało jego wyjątkowość.

I tak jest do dziś, bo pomimo upływu lat, niewiele się zmieniło w tej kwestii. Każdy chce się wyróżnić, pokazać, podkreślić swoją pozycję w społeczeństwie. Powodów jest cała masa. Np. tzw. lans, dotykający najczęściej młode samiczki. Ale i samce w różnym wieku nie są tutaj odporne. Po co to? Otóż sprawa jest prosta (uwaga, tu wkraczamy we wspomnianą sferę profanum). Samiczki „lansuja się” aby zdobyć zainteresowanie samca i odbyć z nim rytualne spotkanie zakończone wspólnym śniadaniem. W przypadku samców powód jest podobny, aczkolwiek część z nich z chęcią owego wspólnego śniadania by nie spożywało (śpieszą się do pracy bądź też innych samiczek zwanych żonami).

Nie zapominajmy jednak żeby goniąc za rzeczami wielkimi, typu futro z tygrysa, nie zapomnieć o małych, które dają wielki efekt. Należy do nich cała masa przedmiotów zakupywanych w celu wywarcia „dobrego wrażenia”.  Dla przykładu wisiorki, bransolety, a w przypadku samiczek 15cm szpilki czy pończochy. No chyba żaden facet nie zaryzykuje tezy, że to są zbędne dodatki.

Do takich też rzeczy, które z pozoru niczemu nie służą, należy zwis męski ozdobny zwany krawatem. Ot, kawałek kolorowej szmatki zawieszonej na szyi, która nie dość, że uwiera to jeszcze macha się bezsensownie pod marynarką. Ale jak powszechnie wiadomo jest to jeden z lepszych wabików na samice. Podkreśla nasz status społeczny, ukazuje, że wiemy jak się zachować w różnych sytuacjach i jest gwarantem, że nie narobimy siary. Bo jak mawiał klasyk PRLu – „Klient w krawacie jest mniej awanturujący się”.

Zatem jestem już posiadaczem gajerka zakupiony za dwie miesięczne pensje w butiku u A.R.Mani. (Tak na marginesie to Mania zaczynała od szczęk na bazarze, a teraz fiu fiu … sieć sklepów w Centrach Handlowych). Do tego jedwabny krawat, który Połowica wręczyła mi na święta. Ale co z dodatkami? Z tym co mnie ma wyróżnić z całego tłumu? Z tą „kropką nad i” która sprawi, że to mi się uda zwabić samiczkę na owe wspomniane rytualne spotkanie? No bo jak do diaska jak nosząc zapiętą pod samą szyje koszulę, zaprezentować samiczce swój „naszyjnik z kłów wilka” tudzież fajny skórzany wisiorek. Dress code w niektórych firmach dopuszcza jedynie obrączkę ślubną, którą i tak niektórzy z nas z wiadomych względów zostawiają w domu.

Ale nie popadajmy w depresję drodzy Panowie. Bo oprócz fajnego „sikora” na nadgarstku mamy do dyspozycji jeszcze jeden oręż który pozwoli zaistnieć w świadomości płci pięknej jako osobnik interesujący, ciekawy i modny. Spinka do krawata. Drobna i niepotrzebna z pozoru rzecz ,ale ileż możliwości przed nami otwiera. Otóż od jakiegoś czasu w obiegowej opinii spinki do krawatów jak zresztą szelki do spodni oraz poszetki noszone w kieszonkach funkcjonują jako passe. Moim zdaniem to mit powtarzany zupełnie niesłusznie i bez zastanowienia. Oczywiście nie namawiam żeby od razu wyglądać jak Gordon Gekko z filmu „Wall Street”, gdyż nie zawsze więcej znaczy lepiej. Ale parafrazując jego słowa można by rzec – „Dobra spinka jest dobra” 🙂

Ponieważ, odpowiednio dobrana spinka pozwoli nam wyróżnić się pozytywnie z tłumu szarych garniaków, a co więcej pokaże, że jej posiadaczowi nie brakuje odwagi, żeby wyłamać się z kanonu i że w minionych już czasach należałby on do grupy polujących na mamuta (!) a nie na nutrię 🙂

Autor:  Marcin

TUTAJ możesz pobrać opowiadanie do druku.

Akcesoria męskie na prezent  dostępne  TUTAJ

REKLAMA


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.