Opowiadanie z życia wzięte (Część 2)


Wtorek – szykuj worek, jak mawiają.
No i rzeczywiście, tyle „dobra” się mi przydarzyło, że nie jeden worek, ale i dwa by się przydały. No, ale po kolei.
Zapinam z rana do pracy, uczesany, wykąpany, ząbki wyszczotkowane jak ojciec-matka od małego uczyli. Psik, Psik, rano pachnącą rosyjską wodą kolońska, co to ją od teściowej dostałem na ubiegłe święta (później się dowiedziałem ze była w promocji – co mnie nie zdziwiło). No, ale psikam się bo p.Kasia (sekretarka) powiedziała kiedyś, że to zapach prawdziwego mężczyzny. No to zapinam do pracy, żeby stawić czoła nowym wyzwaniom i … okazuje się ze p.Kasia ma grypę żołądkową i mamy dyżury na sekretariacie… i ja mam jako pierwszy. Słit – jakby powiedziała moja połowica.
Dyżury są po dwie godziny. Co to są dwie godziny, chciałoby się zakrzyknąć – w czym problem… no właśnie w czym …
Pominę fakt, iż żadne szpilki służbowe (nie wiedziałem ze p. Kasia trzyma swoje szpilki pod biurkiem – mmmmm :) na mnie nie wchodzą, a do pończoch nie ogoliłem nóg. No, najwyżej zza biurka nie wyjdę. Kawę parzyć umiem – choć akurat dziś pies z kulawą nogą nie zajrzy (mam taką nadzieję). Ale te wszystkie telefony (w ilości 4 sztuk), plus fax, plus jakaś maszyna, która służy czort wie do czego – to wszystko mnie przerasta.Fax powinien być z natury rzeczy prostą sprawą. Ot – włącza się i pluje kartkami z jakimiś napisami. Ale co do grzyba należy wcisnąć w sytuacji gdy my chcemy NADAĆ fax 😐 gdzie tu jest instrukcja?! ……. yyyyyy…. Wcisnąłem zielony przycisk, poszło… uffff!! Zastanawia mnie też jeszcze piękno i złożoność maszyny do bindowania. Owszem – wiem jak wygląda efekt końcowy, ale jak to zrobić … kartki dziurkować ręcznie, czy jak na boga ojca 😐 No i potem kartka po kartce nakładać?
No dobra… wracam do stemplowania kopert.

Schyliłem się akurat pod biurko po jedną, która spadła mi na podłogę, przy okazji rozmarzyłem się nad pięknem stojących tam butów p.Kasi.
– Alio, Alio, jest tu ktoś?
Wyrżnąłem głową w stół.
– K….rka wodna wyrwało mi się mało cenzuralnie. – O Pan listonosz. Witam. Co tam znowu.
– A przesyłeczka do Niego samego.
– Do mnie? A nie do firmy?
– Przecież mówię, że do Niego! – Pan Józio nie należał do najcierpliwszych – Nadawcą jest męska biżuteria czy coś tam… – Józio spojrzał na mnie… wydawało mi się, że pod wąsem widzę szyderczy, bezzębny uśmiech.
Poczułem jak się czerwienie…
– Wie Pan, żona zamawia tam takie sobie i … no ten…
– Dobra, niech no podpisze, nie gada. Jeszcze cały dzień przede mną, a ja o suchym pysku – rzekł Józio i odwrócił się na pięcie.
– Nieźle, szybcy są – pomyślałem o firmie, w której moja lepsza połowa zamówiła dla mnie tą bransoletę. Wysyłają na jaki chcesz adres… ale żona mogła mnie uprzedzić, że wpisała adres służbowy… co za wstyd byłby przed p. Kasią… a może właśnie nie… może to byłaby okazja, żeby zamienić parę słów więcej … rozmarzyłem się, a tymczasem trzeba było gdzieś się zabunkrować i otworzyć paczkę.

Do tego celu najlepiej nadawał się kibel. No dobra, ale czym to otworzyć? Oprócz Domestosa stojącego w kącie i szczotki do przepychania tego i owego co czasem utknie w rurze zatruwając powietrze i przy okazji życie naszemu administratorowi, nic w tym kiblu nie było. Zapakowane tak że granat by się przydał. Walczyłem właśnie z pudełkiem gdy:
– Halo, halo, jest tam kto? – ktoś ciągał za klamkę.
– No jestem, zajęte.
– No, ale ile można siedzieć? I co tam robić tyle czasu?
– S….ć chciałem odpowiedzieć…. ale przypomniałem, że grasuje grypa żołądkowa i koleś rzeczywiście może mieć ciśnienie – Dobra, już dobra zaraz wychodzę.
Temu kto to pakował należałoby dać wpis do rekordów księgi Guinnessa w kategorii – najbardziej wkurzająca paczka świata. Szczotka do klopa nie chciała współpracować, ale jakoś zębami poszło.
O fuck… co to? Skarpety?! yyy… Zamiast pachnącej skóry, błyszczących chromów, lśniących zatrzasków, z pudełka wystawał jakiś kawałek szmaty.
Aaaa … to pewnie, żeby się nie porysowało w trakcie transportu – pomyślałem. Rzeczywiście była to torba z logo meskabizuteria.pl. W sam raz na ziemniaki jak będę szedł do warzywniaka. I żona nie będzie marudzić, że nie jestem proekologiczny, bo używam siatki z plastiku.
W środku było pudełeczko (przyda się na robaki na ryby) a w nim…
Hmm… to było to CUŚ, co nosił boski Waldi na weselu. Ten, co to niby nie na jego tyłek się żona gapiła.
To CUŚ wyglądało lepiej niż na zdjęciu. Brązowa skóra, na środku metalowe takie też cuś. Błyszczało się jak ten no … przypomniałem sobie ze mamy suczkę w domu a jej się nie ma co błyszczeć. No dobra – raz kozie śmierć – pomyślałem. Założyłem to cudo i … ja pierdziu… Pod mankiet? Na mankiet? Jak to nałożyć?!
– Stary, wpuść, zlituj się – zajęczał koleś pod drzwiami.
Zapomniałem o nim… pewnie już rozglądał się za jakimś korkiem.
Ok, zdecydowałem się – odwijam mankiet i jedziemy. Wyszedłem
– Ciebie też dopadło? – spytał z wyrazem współczucia na twarzy i nie czekawszy na odpowiedz pognał w czeluście, które jeszcze niedawno były świadkiem narodzin, tzn. za chwilę też będą świadkiem narodzin – hehe – ale chodziło mi raczej o narodziny Nowego Mnie. Albowiem byłem jedynym posiadaczem czegoś… właśnie.. jak to nazwać? Bo przecież nie bransoleta 🙂

Większość moich rzeczy ma imię. Rower ma imię, samochód ma imię (Ala – no dobra dobra, wiem kobiece imię, ale to Almera), nawet pies ma imię, to i bransoleta musi mieć imię… trzeba nad tym pomyśleć. Póki co idę stawić czoła światu … nowo narodzony … Młody Bóg. Adonis, chciałoby się rzec. Drżyjcie mężowie i pilnujcie cnoty żon swoich (ewentualnie córek, bo nasz palacz w kotłowni posiadał córkę lat 18scie, na widok, której wszyscy jak jeden się ślinili).
Do pokoju wszedłem dumny niczym paw. Ba, ja nie wszedłem, ja wpłynąłem! Usiadłem i z dumą rozejrzałem się po pokoju. 4pary oczu były we mnie wpatrzone.  Ach.. jakież to miłe uczucie. Być wyjątkowym posiadaczem wyjątkowego CUŚ. A oni patrzą… z podziwem… i milczą. Pewnie się wstydzą. Kiwnąłem im głową przyjaźnie i łaskawie … tak, tak. Nie bójcież się, to nadal ja, ten sam mimo, że inny, nie zapomnę o Was w tym lepszym świecie.
Pierwsza odezwała się Zosia.
– Marcin.. może byś trochę węgla zjadł.. no jakoś blado wyglądasz, masz błędny wzrok no i coś długo Cię nie było. A i wiesz p.Kasia też ma żołądkówkę.
BRZDĘK …. w wysokości mojej wyjątkowości spadłem i mocno dupsko obiwszy spojrzałem bardziej przytomnie…
Yyy.. no ja ten… ja się w zasadzie dobrze czuje… mruknąłem pod nosem…
I tak to siedzę sobie przez monitorkiem i puk puk w klawisze stukam paluszkiem. Paluszek i owszem długi, smukły, paznokieć czysty (żeby nie było ) i obcięty. Używam go jak co dzień, aby przelać myśli na papier (no może najpierw na 10101010, a na papier później) .. ale to już nie to samo co 10 min temu. To ja nowo narodzony … świat miał stać otworem, piękne kobiety, szybkie samochody (albo odwrotnie), a tymczasem świat odwrócił się do mnie otworem 🙁
Dzień minął ponuro… o 16 jak zwykle wiązałem szalik.. gdy podeszła do mnie Zosia uśmiechnęła się i powiedziała
– Fajne masz to COŚ na nadgarstku …
Może to jednak nie był taki zły dzień ?

Wieczorem moja ślubna stwierdziła że to CUŚ jest najs (?!) i z chęcią pożyczy 🙁

TUTAJ możesz pobrać opowiadanie do wydruku.

Autor opowiadania: Marcin

Wtorek – szykuj worek, jak mawiają.
No i rzeczywiście, tyle „dobra” się mi przydarzyło, że nie jeden worek, ale i dwa by się przydały. No, ale po kolei.
Zapinam z rana do pracy, uczesany, wykąpany, ząbki wyszczotkowane jak ojciec-matka od małego uczyli. Psik, Psik, rano pachnącą rosyjską wodą kolońska, co to ją od teściowej dostałem na ubiegłe święta (później się dowiedziałem ze była w promocji – co mnie nie zdziwiło). No, ale psikam się bo p.Kasia (sekretarka) powiedziała kiedyś, że to zapach prawdziwego mężczyzny. No to zapinam do pracy, żeby stawić czoła nowym wyzwaniom i … okazuje się ze p.Kasia ma grypę żołądkową i mamy dyżury na sekretariacie… i ja mam jako pierwszy. Słit – jakby powiedziała moja połowica.
Dyżury są po dwie godziny. Co to są dwie godziny, chciałoby się zakrzyknąć – w czym problem… no właśnie w czym …
Pominę fakt, iż żadne szpilki służbowe (nie wiedziałem ze p. Kasia trzyma swoje szpilki pod biurkiem – mmmmm :) na mnie nie wchodzą, a do pończoch nie ogoliłem nóg. No, najwyżej zza biurka nie wyjdę. Kawę parzyć umiem – choć akurat dziś pies z kulawą nogą nie zajrzy (mam taką nadzieję). Ale te wszystkie telefony (w ilości 4 sztuk), plus fax, plus jakaś maszyna, która służy czort wie do czego – to wszystko mnie przerasta.Fax powinien być z natury rzeczy prostą sprawą. Ot – włącza się i pluje kartkami z jakimiś napisami. Ale co do grzyba należy wcisnąć w sytuacji gdy my chcemy NADAĆ fax 😐 gdzie tu jest instrukcja?! ……. yyyyyy…. Wcisnąłem zielony przycisk, poszło… uffff!! Zastanawia mnie też jeszcze piękno i złożoność maszyny do bindowania. Owszem – wiem jak wygląda efekt końcowy, ale jak to zrobić … kartki dziurkować ręcznie, czy jak na boga ojca 😐 No i potem kartka po kartce nakładać?
No dobra… wracam do stemplowania kopert.Schyliłem się akurat pod biurko po jedną, która spadła mi na podłogę, przy okazji rozmarzyłem się nad pięknem stojących tam butów p.Kasi.
– Alio, Alio, jest tu ktoś?
Wyrżnąłem głową w stół.
– K….rka wodna wyrwało mi się mało cenzuralnie. – O Pan listonosz. Witam. Co tam znowu.
– A przesyłeczka do Niego samego.
– Do mnie? A nie do firmy?
– Przecież mówię, że do Niego! – Pan Józio nie należał do najcierpliwszych – Nadawcą jest męska biżuteria czy coś tam… – Józio spojrzał na mnie… wydawało mi się, że pod wąsem widzę szyderczy, bezzębny uśmiech.
Poczułem jak się czerwienie…
– Wie Pan, żona zamawia tam takie sobie i … no ten…
– Dobra, niech no podpisze, nie gada. Jeszcze cały dzień przede mną, a ja o suchym pysku – rzekł Józio i odwrócił się na pięcie.
– Nieźle, szybcy są – pomyślałem o firmie, w której moja lepsza połowa zamówiła dla mnie tą bransoletę. Wysyłają na jaki chcesz adres… ale żona mogła mnie uprzedzić, że wpisała adres służbowy… co za wstyd byłby przed p. Kasią… a może właśnie nie… może to byłaby okazja, żeby zamienić parę słów więcej … rozmarzyłem się, a tymczasem trzeba było gdzieś się zabunkrować i otworzyć paczkę.Do tego celu najlepiej nadawał się kibel. No dobra, ale czym to otworzyć? Oprócz Domestosa stojącego w kącie i szczotki do przepychania tego i owego co czasem utknie w rurze zatruwając powietrze i przy okazji życie naszemu administratorowi, nic w tym kiblu nie było. Zapakowane tak że granat by się przydał. Walczyłem właśnie z pudełkiem gdy:
– Halo, halo, jest tam kto? – ktoś ciągał za klamkę.
– No jestem, zajęte.
– No, ale ile można siedzieć? I co tam robić tyle czasu?
– S….ć chciałem odpowiedzieć…. ale przypomniałem, że grasuje grypa żołądkowa i koleś rzeczywiście może mieć ciśnienie – Dobra, już dobra zaraz wychodzę.
Temu kto to pakował należałoby dać wpis do rekordów księgi Guinnesa w kategorii – najbardziej wkurzająca paczka świata. Szczotka do klopa nie chciała współpracować, ale jakoś zębami poszło.
O fuck… co to? Skarpety?! yyy… Zamiast pachnącej skóry, błyszczących chromów, lśniących zatrzasków, z pudełka wystawał jakiś kawałek szmaty.
Aaaa … to pewnie, żeby się nie porysowało w trakcie transportu – pomyślałem. Rzeczywiście była to torba z logo meskabizuteria.pl. W sam raz na ziemniaki jak będę szedł do warzywniaka. I żona nie będzie marudzić, że nie jestem proekologiczny, bo używam siatki z plastiku.
W środku było pudełeczko (przyda się na robaki na ryby) a w nim…
Hmm… to było to CUŚ, co nosił boski Waldi na weselu. Ten, co to niby nie na jego tyłek się żona gapiła.
To CUŚ wyglądało lepiej niż na zdjęciu. Brązowa skóra, na środku metalowe takie też cuś. Błyszczało się jak ten no … przypomniałem sobie ze mamy suczkę w domu a jej się nie ma co błyszczeć. No dobra – raz kozie śmierć – pomyślałem. Założyłem to cudko i … ja pierdziu.. Pod mankiet? Na mankiet? Jak to nałożyć?!
– Stary, wpuść, zlituj się – zajęczał koleś pod drzwiami.
Zapomniałem o nim… pewnie już rozglądał się za jakimś korkiem.
Ok, zdecydowałem się – odwijam mankiet i jedziemy. Wyszedłem
– Ciebie też dopadło? – spytał z wyrazem współczucia na twarzy i nie czekawszy na odpowiedz pognał w czeluście, które jeszcze niedawno były świadkiem narodzin, tzn. za chwilę też będą świadkiem narodzin – hehe – ale chodziło mi raczej o narodziny Nowego Mnie. Albowiem byłem jedynym posiadaczem czegoś… właśnie.. jak to nazwać? Bo przecież nie bransoleta 🙂

Większość moich rzeczy ma imię. Rower ma imię, samochód ma imię (Ala – no dobra dobra, wiem kobiece imię, ale to Almera), nawet pies ma imię, to i bransoleta musi mieć imię… trzeba nad tym pomyśleć. Póki co idę stawić czoła światu … nowo narodzony … Młody Bóg. Adonis, chciałoby się rzec. Drżyjcie mężowie i pilnujcie cnoty żon swoich (ewentualnie córek, bo nasz palacz w kotłowni posiadał córkę lat 18scie, na widok, której wszyscy jak jeden się ślinili).
Do pokoju wszedłem dumny niczym paw. Ba, ja nie wszedłem, ja wpłynąłem! Usiadłem i z dumą rozejrzałem się po pokoju. 4pary oczu były we mnie wpatrzone.  Ach.. jakież to miłe uczucie. Być wyjątkowym posiadaczem wyjątkowego CUŚ. A oni patrzą… z podziwem… i milczą. Pewnie się wstydzą. Kiwnąłem im głową przyjaźnie i łaskawie … tak, tak. Nie bójcież się, to nadal ja, ten sam mimo, że inny, nie zapomnę o Was w tym lepszym świecie.
Pierwsza odezwała się Zosia.
– Marcin.. może byś trochę węgla zjadł.. no jakoś blado wyglądasz, masz błędny wzrok no i coś długo Cię nie było. A i wiesz p.Kasia też ma żołądkówkę.
BRZDĘK …. w wysokości mojej wyjątkowości spadłem i mocno dupsko obiwszy spojrzałem bardziej przytomnie…
Yyy.. no ja ten… ja się w zasadzie dobrze czuje… mruknąłem pod nosem…
I tak to siedzę sobie przez monitorkiem i puk puk w klawiszki stukam paluszkiem. Paluszek i owszem długi, smukły, paznokieć czysty (żeby nie było ) i obcięty. Używam go jak co dzień, aby przelać myśli na papier (no może najpierw na 10101010, a na papier później) .. ale to już nie to samo co 10 min temu. To ja nowo narodzony … świat miał stać otworem, piękne kobiety, szybkie samochody (albo odwrotnie), a tymczasem świat odwrócił się do mnie otworem 🙁
Dzień minął ponuro… o 16 jak zwykle wiązałem szalik.. gdy podeszła do mnie Zosia uśmiechnęła się i powiedziała
– Fajne masz to COŚ na nadgarstku …
Może to jednak nie był taki zły dzień ?

Wieczo

REKLAMA


3 thoughts on “Opowiadanie z życia wzięte (Część 2)

  1. Powoli układa się w coraz bardziej ciekawą całość. Może z tego być niezły thriller.:)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.